4

Wygrywamy wycieczkę do Wakayamy!

Nigdy niczego nie wygraliśmy (swoją drogą chyba nigdy nie wzięliśmy udziału w żadnym  konkursie). Tym większa była więc nasza radość, gdy oboje (i to zupełnie niezależnie od siebie) wygraliśmy wycieczkę do prefektury Wakayama, w regionie Kansai. Hmm, jest tylko jeden szkopuł. Mamy przecież dzieci, a dziadkowe i wujkowie (rodzeni i przyszywani) na drugim końcu świata… Pozostaje słono zapłacić niani, a milusińskim wynagrodzić porzucenie perspektywą McDonalda, słodyczy i bajek (czyli wszystkim, czego zwykle staramy się unikać).

I tak o 5:30 wyruszamy dziarsko na lotnisko (wyściskawszy jeszcze oba stwory, które wiedzione jakąś intuicją budzą się tuż przed naszym wyjściem). W taksówce uskuteczniamy najdłuższą od przyjazdu do Tokio konwersację w języku japońskim.  O dziwo, taksówkarz nie bardzo kojarzy, dokąd się wybieramy (Waka-co?). Na lotnisku, witusiowym zwyczajem, jesteśmy pół godziny przed czasem. Niestety Starbucks o tej porze jeszcze zamknięty, a w pozostałych miejscach kawy można się napić wyłącznie w zestawie z curry lub udonem. Tak zdesperowani nie jesteśmy. O 6:30 spotykamy pozostałych „wybrańców”.  W sumie jest nas (parszywa?) dwunastka – bardzo różne, ale wydaje się ciekawe, postaci. Bez zbędnych ceregieli (zdejmowania butów czy spowiadania się z przewożonych płynów) wsiadamy do samolotu. Przed samym startem trójka bagażowych ustawia się na baczność, po czym głęboko kłania i macha do nas na do widzenia (ku naszemu wzruszeniu, większość pasażerów odmachuje).

Na maciupeńkim acz bardzo malowniczo położonym lotnisku Nanki-Shirahama (które sponsoruje nasza wycieczkę) lądujemy o 8:30. I tu pierwszy niespodzianka –„anglojęzyczna przewodniczka” okazuje się starszą panią z Osaki, która w pilotowaniu wycieczek nie ma wcześniejszego doświadczenia, a po angielsku duka mniej więcej tak jak my po japońsku. Niezrażeni pakujemy się do autobusu, by natychmiast zanurzyć się w dzikie, górskie krajobrazy Półwyspu Kii. Strome zbocza porośnięte gęstymi lasami, urwiste brzegi rzek, idylliczne wioseczki – aż trudno uwierzyć, ze jeszcze przed chwilą byliśmy w Tokio.

new

Lądowanie na lotnisku Nanki-Shirahama

Po dwóch godzinach jazdy docieramy do słynnego szlaku pielgrzymkowego Kumano Kodo, wpisanego (jako drugi na świecie, obok hiszpańskiego Camino de Santiago) na listę dziedzictwa kultury UNESCO. To tutaj od ponad tysiąca lat pielgrzymowali Japończycy wszystkich stanów i klas, w tym rezydujący w Kioto cesarze i arystokraci. Z pierwotnych 300 kilometrów, łączących trzy wielkie świątynie, do dzisiaj zachowało się ponad 70 km szlaków. My zaczynamy w punkcie widokowym Fushiogami-oji – miejscu, do którego dawni pielgrzymi docierali po wielu dniach marszu i padali na kolana, zobaczywszy po raz pierwszy cel swojej wędrówki. Mijamy dawny punkt poboru opłat i wchodzimy w piękny soczystozielony las. Po szarym Tokio takie uderzenie zieleni przyprawia o zawroty głowy. Mamy szczęście, bo udaje nam się uniknąć deszczu, choć to podobno drugi (po wyspie Yakushima) najbardziej deszczowy region Japonii (4000 ml opadów rocznie, w porównaniu z 1600 w Tokio). W dodatku szlak jest zupełnie pusty. Byłoby magicznie, gdyby nie „uroki” grupowej wycieczki. I tak, od połowy drogi asekuruję nie pierwszej już młodości Libankę, której na kamiennych stopniach bardzo doskwiera kolano (przewodniczka zapewniała ją  przed wymarszem, ze trasa jest bardzo łagodna…). Dowiaduję się za to sporo o historii Libanu (z którego Madelaine uciekła w czasie wojny domowej) i o teatrze noh (któremu jest oddana cała jej japońska rodzina).

30449830861_e69db4bdeb_o

Punkt widokowy Fushiogami-oji

30500742646_8a5d9b66d4_o

Nasza wycieczka

14729381_331178463940843_7618887752518452997_nPo niecałych 4 kilometrach (i półtorej godzinie marszu) docieramy do chramu Kumano Hongu Taisha, w którym zbiegają się wszystkie szlaki Kumano Kodo. Świątynia początkowo była położona nieco niżej, ale uległa niemal całkowitemu zniszczeniu w wyniku wielkiej powodzi z 1889. Ocalone budynki przeniesiono w bezpieczniejsze miejsce, a w miejscu pierwotnej świątyni w 2000 roku wzniesiono największą w Japonii bramę torii (34 metry wysokości, 42 szerokości). Koreanka Jin odmawia wejścia na teren świątyni, tłumacząc że jej rodakom szintoizm (do 1945 narodowa religia Japonii) kojarzy się z japońską okupacją Korei (1910-1945). Dzisiaj Korea jest jednym z niewielu azjatyckich krajów, w których dominującą religią jest chrześcijaństwo.

30449753491_d76c15079f_o

Chram Kumano Hongu Taisha

30500690056_47e665724f_o

Wątek wojenny pojawia się ponownie w czasie lunchu (w wersji bezmięsnej: tofu z tartym gobo). Amerykanin Sherwin potwierdza historię, która słyszałam już na kursie gotowania. Otóż w czasie drugiej wojny światowej amerykańskich jeńców karmiono właśnie korzeniem gobo. To jedno ze smaczniejszych i najbardziej odżywczych japońskich warzyw, choć wygląda jak zapiaszczony badyl. Po wojnie zarządcy więzienni zostali ponoć oskarżeni przez aliancki wymiar sprawiedliwości za karmienie jeńców korzeniami drzew…

Wracamy do autobusu. Kręta droga wśród zamglonych szczytów jest piękna i tajemnicza. Naszym celem (i główną atrakcją całej wycieczki) jest Kōya-san – święta góra buddyjska. To tutaj w IX wieku młody mnich Kūkai (znany po śmierci jako Kōbō-Daishi), ustanowił pierwszą wspólnotę ezoterycznego buddyzmu o nazwie Shingon (dosł. „prawdziwe słowo”). Dziś ten nurt buddyzmu liczy 10 milionów wyznawców i niemal 4000 świątyń, z których ponad 110 znajduje się w Kōya-san. Sam Kōbō-Daishi był zaś nie tylko reformatorem religijnym, ale także uczonym, poetą, kaligrafem oraz wynalazcą dwóch japońskich alfabetów sylabicznych (hiragany i katakany).

14725554_331178377274185_3277144944914540393_n

W drodze do Kōya-san

Niestety z powodu deszczu i długiego postoju w sklepie z pamiątkami na miejsce dojeżdżamy z półtoragodzinnym opóźnieniem. Sprintem puszczamy się do świątyni Kongōbu-ji (głównej świątyni sekty Shingon), gdzie chcieliśmy zobaczyć największy w Japonii kamienny ogród. Jednak mimo błagań nie udaje nam się już wejść do środka. W strugach deszczu docieramy jeszcze do kompleksu świątynnego Danjo Garan (z ogromną podświetloną pagodą) i do okazałej bramy Daimon (tę jednak ledwo widzimy z powodu zapadających ciemności).

30449735421_0169928159_o

Modły przed świątynią Kongōbu-ji

30500674376_56a11063c9_o

Wejście do Kongōbu-ji

29903919093_d84905b3d1_o

Pagoda kompleksu świątynnego Danjo Garan

30500676336_5488de04e3_o

W bocznych uliczkach

Przemoczeni i zawiedzeni wleczemy się do klasztoru Jizu-in, w której mamy spędzić noc (opcję noclegu proponuje niemal połowa tutejszych klasztorów, choć w „naszym” jesteśmy pierwszymi w tym roku cudzoziemcami). Tu czeka nas kolejna niemiła niespodzianka: zamiast do obiecanego prywatnego pokoju z łazienką, Wiktor trafia do panów, a ja do pań. Toaleta na korytarzu, a łazienki brak. Nasz zawód trochę rekompensuje wspaniała wegańska kolacja w stylu buddyjskim (shōjin ryōri). Mnisi buddyjscy nie używają żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego. Stronią też od roślin o ostrym smaku (takich jak czosnek czy cebula). Główne źródło białka stanowią warzywa strączkowe (zwłaszcza soja, z której wytwarza się tofu) oraz orzechy. Czujemy się trochę, jak robaczki z „entliczka-pentliczka”, bo w naszym menu tofu pojawia się aż w czterech odsłonach: gotowane (yudōfu), mrożone, suszone a potem gotowane (koyadōfu, dosłownie “tofu z góry Koya”), ze zmielonego sezamu (goma dofu) oraz jako sos do sałatki (shira ae). Oprócz tego obowiązkowy ryż i zupa miso, a także pikle, czarna soja, warzywna tempura oraz przepyszne owoce. Obsługujący nas mnich zapewnia, że codzienne jedzenie klasztorne jest dużo skromniejsze.

Kolacja w stylu shojin-ryori

Kolacja w stylu shojin-ryori

Po kolacji – już we własnym zakresie – dołączamy do nocnej przechadzki po cmentarzu Okunoin – największej nekropolii w Japonii. Oprócz mauzoleum Kōbō Daishi znajduje się tu ponad 200 tysięcy grobów. Porośnięte mchem nagrobki, ogromne cedrowe drzewa (najstarsze mają ponad 1000 lat), nikłe światła latarni. Do tego pustka i cisza, zmącona jedynie uderzającymi o parasole kroplami deszczu. Wszystko to tworzy zupełnie niezwykły klimat. Nasz przewodnik – przesympatyczny mnich buddyjski  – wprowadza nas w arkana japońskiej religijności. Tłumaczy, że pokojowe występowanie dwóch głównych wyznań (szintoizmu i buddyzmu) gwarantuje  przede wszystkim jasny podział ról – szintoizm zajmuje się początkiem (narodzinami, ślubami), a buddyzm końcem (ceremoniami pogrzebowymi). Za cechę odróżniającą Shingon od innych nurtów buddyjskich uznaje natomiast nacisk na „tu i teraz”. Shingon naucza, że każdy (i to za tego życia) może osiągnąć oświecenie i stać się Buddą. Do wyzwolenia wewnętrznego potencjału niezbędne jest kultywowanie tzw. „trzech tajemnic”, czyli właściwy trening ciała (symboliczne gesty, tzw. mudry), mowy (mantry) i umysłu (medytacja).

Po dwóch kilometrach docieramy do najświętszej części cmentarza. Przez zapierającą dech Halę Lampionów (gdzie dzień i noc pali się 10 tysięcy lampionów ofiarowanych przez wiernych) dochodzimy do miejsca ostatniego spoczynku Kōbō-Daishiego. Wyznawcy Shingon wierzą, że ich mistrz nigdy tak naprawdę nie umarł, a wstąpił w stan wiecznej medytacji i modlitwy za cierpienia tego świata. W tym wysiłku mają go wspomóc dostarczane dwa razy dziennie posiłki. Nasz przewodnik zachęca nas do zamknięcia oczu i pomyślenia marzenia, po czym odśpiewuje sutrę w naszej intencji.

Żegnamy się serdecznie z mnichem, kłaniamy Kōbō-Daishiemu i wracamy do naszego klasztoru. Jeszcze szybka wizyta w łaźni i wracamy do naszych sypialni, gdzie czekają już na nas ułożone jeden przy drugim futony i twarde jak kamień poduszki ryżowe.

Po nocy urozmaiconej pochrapywaniem kompanów, czas na kolejną wczesną (6:00) pobudkę i poranne modły. Monotonne recytacje sutr i zapach kadzideł przenoszą nas w jakąś zupełnie inną rzeczywistość. Po śniadaniu (będącym okrojoną wersją kolacji) ruszamy w dalszą drogę. Czujemy ogromny niedosyt i chętnie zostalibyśmy dłużej w Koya-san zamiast kisić się znów w autobusie.

thumb_img-20161031-wa0000_1024

Śniadanko niewiele różni się od kolacji

Nasz pierwszy przystanek to zamek w Wakayamie, stolicy prefektury. Wspinamy się na dach górującej nad miastem budowli, skąd rozpościera się malowniczy widok na okolicę. Potem sekretnym, krytym mostkiem (który umożliwiał zamkowe schadzki) przechodzimy do wymanikurowanego ogrodu, gdzie przemyślane jest ułożenie każdego kamyczka. Najciekawszy okazuje się jednak lokalny festiwal (matsuri), na który trafiamy zupełnie przypadkiem w drodze powrotnej do autobusu.

29906277284_59fe80604f_o

14753723_10155290592105961_1636483314452038358_o

30500649676_1b9150f38a_oZ zamku żółwim tempem (bo większość dróg zamknięta z powodu maratonu) zmierzamy w stronę mariny. Tutejsze atrakcje to m.in. wielki targ rybny (gdzie trafiamy na pokaz ćwiartowania tuńczyk), stragany z owocami (Wakayama słynie z produkcji cytrusów) i park rozrywki Porto Europa z rekonstrukcjami włoskich i francuskich uliczek.

30420325192_7e7e11ff70_o

Targ rybny Kuroshio Market

30420321652_89fd410ba1_o

Praca zdaje się sprawiać panu niemałą przyjemność

img_20161023_124401-01

Porto Europa

Jeszcze tylko godzina w autobusie i jesteśmy na lotnisku Kansai, by po trzech godzinach uściskać nasze stęsknione pyszczki.

Na pewno nie był to stracony weekend. Poznaliśmy  sporo ciekawych ludzi, a do Koya-san na pewno wrócimy, by na spokojniej odkryć jego uroki. Z punktu widzenia sponsora (lotnisko Nanki-Shirahama) wycieczkę trzeba jednak uznać za promocyjną klapę. Choć w pobliżu samego lotniska jest sporo atrakcji (m.in. efektowne klify i jaskinia, która przez długie wieki stanowiła kryjówkę piratów), spędziliśmy dwa dni w autobusie, żeby przekonać się, ze do Koyasan czy Wakayamy zdecydowanie łatwiej jest dotrzeć z lotniska Kansai. Cóż, jak głosi mądrość ludowa, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby 🙂

4 Comments

  1. Aniu, zamiast ciągnąc ludzi na dwudniowe objazdowe wycieczki sponsorzy powinni wykorzystać Twój tekst:). To z pewnością zapewniłoby spektakularny sukces. Po lekturze tego wpisu czuję się tak jakbym sama przebiegła przez te wszystkie świątynie i jakby to mnie serwowano wiedzę na temat buddyzmu i bardzo, bardzo mam ochotę przemierzyć Waszą trasę osobiście.

    • Mamku, to super sie sklada! Akurat wczoraj przy kolacji odkrylismy z Wiktorem, ze po roku z hakiem w Japonii mamy takie same « top three » (Kōya-san w Wakayamie, zloty pawilon w Kioto i wyspa Miyashima ze slynna brama torii wynurzajaca sie z wody) i ze przy kolejnej wizycie w Japonii musimy Cie zabrac we wszystkie te trzy miejsca 🙂

  2. W styczniu bieżącego roku mięliśmy w planach zwiedzić Wakayamę, a w szczególności Shirahamę. Ale nie wyszło. Czytając ten teks spodziewałem się, że będzie właśnie o Shirahamie, jaskiniach i plażach, tym co nas ominęło. Teraz wiem, że nie tylko nas ominęło.
    Natomiast opis góry Koya i miejscowych świątyń mocno mnie zaciekawił. Do tej pory czytałem o niej tylko suche fakty, które nie inspirowały do wycieczki. Na mojej liście rzeczy do zrobienia w Japonii, góra Koya awansowała i to znacznie.
    Dziękuję.

    • Dziękujemy za miłe słowo. Dobrze wiedzieć, że ktoś oprócz rodziny i przyjaciół zaglada na nasza stronę 🙂 A górę Koya stanowczo polecamy!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *